RSS wpisów RSS komentarzy

Dochodowy/Odchodowy interes

Podróżowanie jest rzeczą ludzką. Dokładnie tak, jak wydalanie. Trudem podróży jest to, że nie zawsze można załatwić potrzebę o określonej porze, a jeśli już taka pora nastaje, do dyspozycji mamy zwykle jedno miejsce. W przypadku podróży autobusem jest to toaleta położona na dworcu.

Problemem jest jednak cena. Na jednym z dworców cena za wykorzystanie któregoś z pisuarów czy też muszli klozetowej wynosi dwa złote i pięćdziesiąt groszy. Załatwiając się w domu, za oszczędzoną sumę spokojnie można by było uzupełnić braki zarówno w płynach, jak i nie-płynach. Widocznie właściciele publicznych toalet wywnioskowali, że za wypróżnienie żołądka lub pęcherza moczowego należy się taka sama cena jak za ich napełnienie.

Ja rozumiem, że tych kilka litrów wody potrzebnych do umycia rąk i do spłukania kosztuje. Mydło, papier toaletowy, ręczniczki jednorazowe i sprzątanie również nie jest darmowe. Tylko zastanawiam się, czy nie można tej ceny jakoś zminimalizować albo nawet zlikwidować. Na stacjach benzynowych można zrobić i “to mniejsze” i “to większe” za absolutną darmochę.

Jak tutaj mówić o równych prawach biednych i bogatych, kiedy w dzisiejszych czasach bez pieniędzy nawet się nie wydalisz. Powiedzieć, że człowiek jest panem tego świata, jeśli musi za “to” płacić, a zwierzęta nie - nie można. Ciekawy jestem, co byłoby gdybym przeniósł się w czasie do prehistorii i powiedział takiemu neandertalczykowi, że w czasach, z których pochodzę, nie można po prostu kucnąć i załatwić sprawę. Chcesz poczuć ulgę, to dawaj no skórę z tego mamuta.

O tak, zastanawiam się czy ludzkość wyewoluowała w dobrym kierunku. Cóż, może zostawmy przeszłość i pomyślmy nad przyszłością. Otóż jestem pewien, że takie praktyki właścicieli toalet skończą się tym, iż gatunek homo sapiens na drodze ewolucji przestanie się wydalać, a wtedy nie będzie mowy o takich interesach. Lepiej więc dla was, właściciele toalet, abyście spuścili trochę cenę.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że płatne toalety to po prostu żerowanie na ludziach. Zwłaszcza na takich, którzy albo są przejazdem, i nie mają czasu szukać tańszej alternatywy, albo pierwszy raz są w danym mieście i nie wiedzą gdzie szukać. Jeśli klient jest w potrzebie, zapłaci każdą cenę, a nawet dwukrotnie wyższą.

Podsumowując, jeśli wybierasz się w podróż, drogi czytelniku, zaopatrz się w dodatkowe fundusze, bowiem nigdy nie wiadomo, ile ktoś sobie zażyczy za udzielenie Ci miejsca, w którym będziesz mógł załatwić swoją najbardziej podstawową potrzebę. Najlepiej zaś nic nie jedz przed podróżą i w jej czasie.

Brak komentarzy

Beztroskie życie na wsi

Wakacje się zaczęły, pogoda pomału się poprawia, chmurki płyną sobie spokojnie po błękitnym niebie, a wolnego czasu sporo. Trzeba się relaksować i bawić, powiecie. A figa! Tutaj, na wsi, ten wolny czas wygląda nieco inaczej.

Rolnik

Rolnik

Widzicie, tutaj zawsze jest coś do zrobienia. Jeśli zaś jakimś dziwnym trafem okaże się, że chwilowo nie ma nic do roboty, pracuje się po to, aby na przyszłość było czym się zająć. Pozwolicie, że przedstawię to na przykładzie. Powiedzmy, że pewien rolnik zasiał już całe pole ziemniakami, i zostało mu trochę wolnego czasu. Odpocznie zapewne. Potem jednak zasmuci się, bowiem nie będzie już miał co robić. Wtedy przygotuje kolejny kawałek pola i obsadzi go ziemniakami (choć wcale nie potrzebuje), zajmując sobie w ten sposób czas i, co więcej, czyniąc więcej obowiązków na wykopki. Po wszystkim pewnie będzie się cieszył, że upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: uwolnił się od nadmiaru wolnego czasu i teraz, i na jesień.

Dobra, przesadzam. Trudno jednak mieszkając na wsi i pełniąc część obowiązków związanych z rolnictwem, w niektórych momentach właśnie tak tego nie odbierać. Gospodarstwo nie jest moje, ale jako wnuk (który zresztą korzysta z owoców pracy gospodarstwa) pomagam dziadkowi. Co najdziwniejsze, starszemu pokoleniu owa praca wydaje się sprawiać przyjemność. Nie wiem, cóż może być takiego przyjemnego w machaniu motyką, kiedy słońce najwyraźniej chce cię spalić, a robactwo zeżreć na dobre.

Trudno czasami nie pozazdrościć takiemu mieszkańcowi bloku. Jedynym jego obowiązkiem jest zazwyczaj wyniesienie śmieci do kontenera stojącego na podwórku. Ci, co mają domek jednorodzinny, muszą już kosić trawę co półtorej tygodnia, znieść węgiel do piwnicy, doglądać ogrodu, nierzadko zrobić coś koło domu itp. Na wsi często dochodzą jeszcze prace rolnicze czy wiążące się z utrzymaniem sporych kawałków ziemi i inne. Nie chodzi mi tu nawet, że ja mam najgorzej, bo nie mam. Wystarczy, że przejdę kilkaset metrów a zobaczę młodszych ode mnie o kilka lat, którzy mają dużo więcej pracy. Ja tylko czasami pomagam.

Tak, tylko czasami, ale kiedy to robię, zawsze wyobrażam sobie, co robi mój znajomy mieszkający na starówce. Gdy ja, choćby zaledwie przez trzy godziny, zmuszony jestem pchać kosiarkę, nosić węgiel albo machać motyką, on ma czas wolny. Niby nic, ale wkurza. Tak się składa, że cenię sobie wolny czas, a mam go mniej. Mniej na naukę, mniej na rozwój osobowości, mniej na rozrywkę, wreszcie mniej na głupie gapienie się w sufit czy snucie niegłupich przemyśleń. Boli mnie choćby te kilkadziesiąt stron książki, które mógłbym na jego miejscu przeczytać. Powiecie: a tam, trzy godzinki. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka!

Inna sprawa, że traciłem czas także na dojazdy do szkoły (od półtorej godziny do dwóch godzin dziennie w autobusie, do tego ? oczywiście ? dojście do przystanków, a i czasami spędzanie tam kilkudziesięciu minut), ale nie o tym chciałem. Lubię mieszkać tu, gdzie mieszkam. Mieszkanie na wsi czy w małym miasteczku ma mnóstwo plusów, ale trudno uznać je za beztroskie. Bynajmniej nie jest tak, że leżymy sobie w trawie przez cały dzień, opierając głowę o pień drzewa i jedząc darmowe owoce. Mamy mniej czasu, ale nic nie zastąpi tutejszych nocy, przyrody, spokoju i ciszy. Być może dla tego wszystkiego warto czasami machnąć tą motyką kilka razy.

Brak komentarzy

Uwieńczenie dwunastu lat

Wczoraj pisałem ostatnią obowiązkową maturę, a dokładnie tydzień temu żegnałem mury szkoły, do której uczęszczałem (z mniejszą lub większą chęcią) przez trzy lata. Dla wielu z maturzystów szkoła skończy się dopiero po ostatniej maturze ustnej, ale trudno zaprzeczyć, że tak naprawdę przeszliśmy już wyznaczony odcinek drogi. Teraz stoimy zaś na rozdrożu. Dróg tu wiele, ponadto zawsze można wybudować nową albo iść przez pola.

Tydzień temu był dzień, na który czekaliśmy i pracowaliśmy od dwunastu lat. Pamiętam jak w wieku ośmiu lat marzyłem, aby ta “głupia” szkoła wreszcie się skończyła. Będąc cztery lata starszy, marzenia miałem podobne. Nie inaczej było kolejne cztery lata później. Teraz jestem prawie dwudziestolatkiem i marzenie się ziściło, szkoła się skończyła. Różnica polega jednak na tym, że patrzę na to nieco inaczej niż dwunastolatek czy szesnastolatek.

Chwila to magiczna i niezwykła, nie można zaprzeczyć. Oto kończy się przecież długi etap życia, który to owego życia stanowi ponad połowę. Kiedyś marzyłem o tym dniu, teraz, już go przeżywszy, nie będę już marzył, ale równie często jak do tej pory przyszło mi marzyć, będę wspominał. Nie tylko zresztą ten dzień, ale wszystkie z tych dwunastu lat.

Pamiętam kiedy siedem lat temu moja kuzynka zdawała maturę, pamiętam jak dorosła, by nie rzec stara, wydawała się w oczach ucznia szkoły podstawowej. Tymczasem teraz to ja jestem taki stary. Tak, jestem stary. Jeśli matura jest jakąś granicą, po której rozpoczyna się, bardziej lub mniej niewinnie, starość, to muszę przyznać, że młodość miałem piękną, a i mam co wspominać.

Swoją drogą trochę trudno uwierzyć, że to już koniec. Styl czy rutyna życia zmieni się przecież nie tylko we wakacje, ale także i po nich. Zmienią się ludzie, zmieni się miasto, zmienią się obowiązki; wiele się zmieni. To dobrze. Nie obawiam się zmian. Mimo to odczuwam pewien smutek, opuszczając miejsce, w którym spotykałem się z przyjaciółmi i gdzie naprawdę wiele dobrego się zdarzyło.

Nie chodzi tutaj jednak tylko o ostatnie trzy lata, lecz o dwanaście lat. Ileż więc dobrego zdarzyć się mogło przez owe dwanaście lat? Multum. Szkoła to spora część życia ucznia, czasami nawet połowa dnia. Wiele się tam nauczyłem, nie tylko od nauczycieli. Nawet jeśli coś wypracowałem w domowym zaciszu, to i tak wspominać będę za czasów jakiej szkoły to było.

Cokolwiek by jeszcze powiedzieć, będzie mało, zważywszy na to, że szkołę wspomina się przez całe życie. Obawiam się, iż jeszcze niezupełnie czuję się oderwany od tej instytucji, bowiem wrócę tam jeszcze trzy razy, aby zdawać matury ustne. Teraz jeszcze jest za wcześnie, ale przyjdzie czas na wspomnienia, przemyślenia, podsumowania i oceny. Pewien jestem jednak nostalgii, która w odpowiednim czasie ściśnie moje serce.

Brak komentarzy

Refleksje po katastrofie

Po katastrofie samolotu rządowego pod Smoleńskiem zaczęły mnie nachodzić przeróżne przemyślenia. Obserwowałem wszystko, co miało miejsce przez ostatnich kilka dni, a w moim umyśle formowały się przeróżne opinie. Zapewne napisałbym ten wpis wcześniej, chciałem jednak odczekać do końca żałoby narodowej, mimo iż nie skończyła ona przecież smutku ani też nie objęła swym trwaniem wszystkich pogrzebów.

Pierwszą rzeczą, jaka mnie zdziwiła był fakt, że dziewięćdziesiąt sześć bardzo ważnych dla Polski osób leciało w jednym samolocie. Cóż, z pewnością podróżowanie u boku prezydenta jest sporym zaszczytem, ponadto taki zabieg ma też swoje symboliczne znaczenie. Niemniej jednak był on odrobinę nierozważny. Oczywiście, nikt nie zakładał najgorszego i trudno mieć o to do kogokolwiek pretensję, ale gdyby były dwa samoloty, być może połowa tragicznie zmarłych żyłaby. Jest to o tyle istotne, że zginęła przecież część elity naszego kraju. Druga sprawa. Rozumiem, iż o zmarłych mówi się tylko dobrze, zwłaszcza podczas okresu trwania żałoby i zapewne właśnie tak powinno być. Według mnie należy mimo wszystko unikać przesady. Niektóre osoby publiczne nieco za bardzo poniosło. Jeszcze przed katastrofą nikt nie szczędził ostrych słów krytyki dla zmarłego prezydenta, tymczasem po wypadku ów przywódca był wręcz sakralizowany przez swoich politycznych przeciwników oraz prezenterów telewizyjnych.

Zatrzymując się na chwilę przy tych ostatnich i mediach, powiedzieć trzeba, że niedobrze jest kiedy musi wydarzyć się jakaś katastrofa, aby obywatel mógł poznać także dobre strony przywódcy swojego kraju. Można było także i miesiąc czy rok temu pokazywać pełne ciepła zachowania pary prezydenckiej względem siebie i innych; być sprawiedliwym i stawiać ich także w dobrym świetle. A może to ja wcześniej nie zwracałem na to uwagi?

Mówi się, że zjednoczoną w smutku Polskę podzielił Wawel, a dokładniej zamiar pochowania w jednej z tamtejszych krypt zmarłego prezydenta wraz z małżonką. Wydaje mi się, że decyzja o miejscu pochówku była podjęta nieco za szybko i pod wpływem silnych emocji. Moim skromnym zdaniem była to decyzja błędna. Porównując stan sprzed tragedii do tego po niej, pomyśleć można, że śmierć w katastrofie samolotu uświęca. Jestem niemalże pewien, iż gdyby nie to okropne wydarzenie, Lech Kaczyński nie spocząłby obok Józefa Piłsudskiego i - z całym szacunkiem - nie powinien był, bowiem nie zasłużył. Sprawę ratuje fakt, iż owa krypta ma być poświęcona także ofiarom Katynia z roku 1940 i 2010.

Co mnie niezmiernie cieszyło przez ostatnie dni to zachowanie naszego narodu, który z biało-czerwonymi flagami w rękach potrafił przyznać się do swojej tożsamości i z którego wręcz tryskał patriotyzm. Chciałbym, żeby ta duma z bycia Polakiem i poczucie więzi z Polską w nas pozostały na zawsze. Pięknie zareagowały także inne kraje, z których płynęły kondolencje, w których ogłaszane były żałoby narodowe i których narody naprawdę nam współczuły, wypowiadając się, modląc czy składając znicze. Robi się ciepło na sercu, kiedy czyta się zagraniczne komentarze i ma świadomość, że Polska nie jest sama, nawet w cierpieniu. Co do chmury wulkanicznego pyłu, może prawdziwych przyjaciół mamy właśnie w Gruzji i Estonii, a nie za Odrą czy Atlantykiem.

Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że ta straszna katastrofa nie powinna pójść na marne. Stosunki z Rosją przez kilka dni ociepliły się znacznie, cały świat poznał prawdę o Katyniu, a Polacy kolejny raz pokazali jak wielkim są narodem. Życie toczy się dalej, ale to od tych, którzy zostali zależy w jaki sposób się ono potoczy. Życzę sobie i Wam, aby potoczyło się ono w sposób możliwie najlepszy.

Brak komentarzy

Co kryją kieszenie

Pierwszy dzień wiosny nastał, a wraz z nim - na całe szczęście - nastały także ciepłe powietrze i ładna pogoda. Tak, oto nastał czas zamknięcia w szafie grubej, zimowej odzieży i wyciągnięcia tej lekkiej i letniej. Czapki, rękawice, szaliki i kalesony z uśmiechem na twarzy rzuciłem w najgłębsze otchłanie mojej garderoby, ciężkie buciory zastąpiłem wygodnymi półbutami, a puszystą kurtkę na zwiewną kurteczkę.

Kiedy ubierałem tą ostatnią dzisiaj, pierwszy raz tego lata, moje dłonie natychmiast powędrowały do kieszeni. Tym razem nic tam nie znalazłem, ale zazwyczaj można tam znaleźć mnóstwo rzeczy, pozostałości sprzed zimy. Niejednokrotnie były to pieniądze. Wyobraźcie sobie moją radość kiedy ni stąd, ni zowąd zaczynam być do przodu o, powiedzmy, pięć złotych. Zawsze przynajmniej jeden uśmiech więcej! Oczywiście nie zawsze jest tak kolorowo. Częściej niż monety znajduję zużyte chusteczki do nosa, papierki po słodyczach albo puste baterie AAA. Cokolwiek bym jednak nie wyciągnął, jest ciekawie i wesoło.

Raz miałem przyjemność założyć kurtkę, w której nie chodziłem już kilka lat, która była na mnie już o wiele za mała. Nie pamiętam dokładnie co wtedy wyciągnąłem, ale to uczucie, kiedy wkładasz rękę do dawno nieodwiedzanej kieszeni i coś wyczuwasz jest wręcz bezcenne. Zaręczam, że napięcie jest ogromne. Pytasz siebie: Cóż ja mogłem zostawić tutaj jako kilkunastoletni chłopiec? A potem wyciągasz. Nawet jeśli są to tylko opakowania z batoników, miło znów trzymać je pomiędzy palcami. To trochę jak zderzenie się z przeszłością.

Życzę sobie, bym znalazł za kilkadziesiąt lat kurteczkę, w której chodziłem do zerówki i aby jej kieszenie były wypchane po brzegi. Wam życzę pogodnej i radosnej wiosny, a kiedy przyjdzie czas na zmianę ubioru na cieplejszy, nie zapomnijcie zapomnieć opróżnić wszystkich zakamarków przejściowych kurtek.

Brak komentarzy

Piwo

Piwo

Piwo

Kiedy miałem kilka lat, poprosiłem ojca, aby pozwolił mi się napić piwa. Zgodził się i zostawił mi troszeczkę napoju na dnie butelki. Ucieszony opróżniłem naczynie, ale zawartość wcale mi nie smakowała. Szczerze powiedziawszy, to gorzkie świństwo bardzo zawiodło moje oczekiwania. Wszyscy dookoła to pili, nierzadko więcej niż raz dziennie, a do tego robili to z największym smakiem.

Gdzieś słyszałem, że dzieci mają więcej kubków smakowych, dlatego też odczuwają smaki bardziej intensywnie. Cóż, może przez to piwo nie smakowało mi kilkanaście lat temu. Przynajmniej tak myślałem przez te kilkanaście lat. Niedawno, już jako pełnoletni obywatel, ponownie skosztowałem tego złotego płynu i… smakuje chyba jeszcze ohydniej niż w czasach, gdy byłem dzieckiem.

Nie wiem czy mam czekać kolejną kupę czasu, by dostrzec tą niemałą cudowność chmielnego wywaru, czy też nigdy nie będę czerpać takiej przyjemności, jaką czują choćby uczestnicy Oktoberfestu. Najprzychylniej skłaniam się do wersji, że piwo wcale nie jest smaczne dla większości społeczeństwa. Wprost trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. To cholerstwo ma niedobry smak, wprowadza w uzależniania, całkiem sporo kosztuje, rzuca się na głowę i śmierdzi się po jego wypiciu, a mimo to ludzie wciąż to piją. Ba, z roku na rok na jedną osobę w Polce przypada coraz więcej litrów tego trunku.

Tutaj powstaje pytanie: Dlaczego piwo pije się niemal na całym świecie? Pewnie części ludności ono naprawdę smakuje, reszta nie chce się wychylać. Skoro z owoców pracy browarów korzystano z dziada pradziada, to coś w tym musi być. Tylko co? Na pewno marketing i tradycja. Ale co mnie to obchodzi, jak ktoś chce - niech pije. Mnie jedynie zastanawia kilka rzeczy.

Pierwsze piwa powstawały już w czasach prahistorycznych. Wyobraźmy sobie moment kiedy powstało to pierwsze. Jakiemuś osobnikowi udało się uzyskać gorzki napój, który ? co będziemy mówić - nie mógł mu smakować. Dziwi mnie, że po spróbowaniu nie zaniechał produkcji, ale co jest dla mnie niezrozumiałe, skąd on wiedział, że coś wynalazł. Jeśli to bym był ja, pomyślałbym, że nic nie odkryłem. W końcu po to mamy smak i zapach, by ocenić czy coś jest zdrowe i zdatne do spożycia. Kiedy ja bym spróbował tego pierwotnego browaru, doszedłbym do wniosku, że czysta woda jest dużo lepsza, a potem porzucił eksperymentowanie.

Cola, nawet ta oryginalna, kosztuje mniej od najtańszego piwa. Cola, nawet ta nieoryginalna, jest smaczniejsza od najlepszego piwa. Jeśli chodzi o szkodliwość, tutaj chyba jest remis (choć na tym się nie znam). Na miejscu mojego ojca, dziadka i wuja kupiłbym ten ciemny napój, nie złoty. Co ciekawe, większość moich rówieśników zrobiło by odmiennie. Co ciekawsze, spora część nich piła już na kilka lat przed osiemnastką (i nie chodzi tutaj o dwa łyczki).

Zaobserwowałem chyba tylko jeden plus spożywania tytułowego napoju. Kiedy usiadłem sobie wieczorem na balkonie z butelką piwa, piłem je przez jakieś pół godziny. Innym razem, gdy do wypicia miałem podobną ilość soku, po pięciu minutach karton był już pusty. Przypuszczam, że z colą poszłoby jeszcze szybciej.

Zaznaczam, że nie jestem przeciw produkcji, sprzedaży czy spożywania piwa. Jeśli ktoś chce, niech pije. Ja nie chcę, a wam przedstawiłem swoją opinię i wątpliwości, na których zmianę może przyjdzie mi czekać kolejną kupę czasu. W każdym razie, niczego mi nie żal.

1 komentarz

Reaktywacja

Luna Exoriens

Luna Exoriens

Wygląda na to, że kolejny raz założyłem bloga i kolejny raz zupełnie przestałem się nim interesować. O tym dlaczego sprawy tak się potoczyły mógłbym tutaj długo pisać. Dość powiedzieć, iż nie dołożyłem żadnych starań - poza tymi czysto technicznymi - by ktokolwiek wiedział o tym web logu i chciał tutaj zaglądać. Niczego nigdzie nie reklamowałem, choć wcześniej miałem taki plan. Teraz, mam nadzieję, wszystko potoczy się inaczej. Z drugiej strony (jeśli mam być szczery) nie jestem nawet pewny czy w ten sposób powinienem wykorzystać domenę lunaexoriens.eu. Nie wyjdzie tym razem, nie będzie nad czym się zastanawiać. Tymczasem dajmy sobie drugą szansę.

Zmiany są widoczne na pierwszy rzut oka. Kto zrobił i przetłumaczył motyw można wyczytać ze stopki. Ja zmieniłem logo i lekko zmodyfikowałem tło. Wydaje mi się, że teraz przyjemniej czyta się treść, a to przecież najważniejsze. Usunąłem kilka nowych wpisów, które właściwie nie powinny się ukazać. Dalsze zmiany zapewne nadejdą w przyszłości, o ile będzie jakaś. Kolejnych (sensownych) wpisów należy spodziewać się na dniach.

Bądźmy dobrej myśli!

Brak komentarzy

Likantropia

Co gdybym Ci powiedział, że gdzieś na świecie są ludzie, którzy podczas pełni księżyca tracą swoją ludzką tożsamość? Co jeśli powiem Ci, że wilkołak nie jest jedynie wymysłem popkultury? Czy kiedy przekażę Ci prawdę, a prawdą będzie to, że którejś nocy sam możesz przekonać się o tym, iż człowiek potrafi być zwierzęciem, będziesz się bać?

Wilkołak, Lucas Cranach Starszy, 1512 r.

Wilkołak, Lucas Cranach Starszy, 1512 r.

Zapewne większość z Was od najmłodszych lat słyszała o ludziach, którzy pod wpływem blasku pełni księżyca mimowolnie zmieniali się w rządne mięsa istoty, jednak rankiem, owi ludzie, byli nieświadomi tego co popełnili zeszłej nocy. Zapewne dziś mało kto w to wierzy, a to niedobrze. Bowiem jak w każdej legendzie tak i w tej znajduje się część prawdy, a jest nią likantropia.

Wyraz likantropia powstał z połączenia dwóch greckich słów: lýkos - wilk, ánthropos - człowiek. Zarówno w starożytności, jak i w średniowieczu mianem likantropa określano wilkołaka. Obecnie nazwa ta wyszła z użycia (a greka nie wpłynęła na etymologię słowa “wilkołak” w narodowych językach), lecz nawet w XXI wieku zlepek dwóch greckich słów coś oznacza.

W psychiatrii likantropia jest używana do określenia niezwykłej choroby psychicznej, która powoduje u chorego utratę świadomości i przeświadczenie, że jest drapieżnym zwierzęciem, najczęściej wilkiem. Zaburzenia psychiczne u likantropa powodują, że widzi on jak jego ciało pokrywa zwierzęca sierść, paznokcie stają się mocne i długie, a w jamie ustnej czuje o wiele większe zęby niż ma w rzeczywistości. Po świadomej lub nieświadomej “przemianie” chory zachowuje się dokładnie jak zwierzę - zarówno pod względem umysłowym (pragnienia, dążenia), jak i fizycznym (sposób poruszania się, wydawane odgłosy).

Jak nietrudno się domyślić, człowiek przejmując instynkt i zachowanie wilka staje się bardzo niebezpieczny. Historia zna wiele przypadków, zwłaszcza z epoki średniowiecza, kiedy bądź to widziano jak jakiś wieśniak zachowuje się jak zwierzę, bądź też oskarżony o zabójswto przyznawał się, że zbrodnia nie jest w zupełności jego świadomym udziałem. Niejednokrotnie również zabijano niewinnych, lub chorych ludzi, ponieważ podejrzewano, że są istotami nieczystymi. W tamtych czasach legenda mogła się utrwalić, bowiem pod wpływem słynnych średniowiecznych tortur, wielu podejrzanych przyznawało się do czegoś, o czym nieraz nie miało zielonego pojęcia. Podobnie zresztą rzecz miała się z czarownicami.

Skąd w ogóle u ludzi brała się likantropia? Jedni uważali, że jest to choroba dziedziczna; inni, że jest to po prostu zaburzenie świadomości; jeszcze inni, że likantropowie swoją moc zawdzięczają czarom i mocom piekielnym, bądź specjalnym substancjom. Z pewnością wielu twierdziło także, iż jest to niecałkowita przemiana w wilkołaka, bądź opętanie.

W Europie najpopularniejszą teorią jest ta, która zakłada, że likantrop ?zmienia? się w wilka. Jednak na północy kontynentu, na terenach półwyspu skandynawskiego dużo bardziej popularniejszy jest niedźwiedź (być może dlatego, że wikingowie nakładali na siebie skóry zabitych zwierząt, często niedźwiedzi, co miało dać im siłę). W innych częściach świata spotyka się również wiarę w przemiany w tygrysa (Azja), psa (Grecja), lisa (Japonia), leoparda(Afryka), a nawet rekina(Wyspy Polinezji). Likantropia występowała (i z pewnością występuje) też w kulturze wielu plemion Afryki oraz Ameryki Łacińskiej, Australii.

Z perspektywy czasu możemy analizować wszystkie informacje dotyczące tej ciekawej choroby. Jestem pewny, iż to właśnie ona, obok różnych wierzeń, obrządków i niewiedzy człowieka, stała się materiałem budulcowym legendy o wilkołactwie jaką znamy dziś, i która przetrwa jeszcze długo.

Dziś ta choroba jest bardzo rzadka, jednak występuje. Tak więc, jeśli pewnej pięknej, księżycowej nocy, natkniesz się na człowieka, który będzie warczeć, chodzić na czterech łapach i wyć do księżyca, pomyśl, że jest to likantrop. Być może będzie to Twoja ostatnia myśl.

— — —

Artykuł po raz pierwszy został napisany ponad dwa lata temu dla wortalu ezoterycznego Strefa 51. Niestety serwis upadł, a odnalezienie strony html z powyższym artykułem jest mało możliwe. Może to i lepiej, bowiem tekst przeczytałem ponownie, poprawiłem go w miejscach, które potrzebowały tego najbardziej, a także rozszerzyłem.

Brak komentarzy

Podarki to coś więcej…

Niedawno miałem przyjęcie z okazji osiemnastych urodzin. Oczywiście, jak to w zwyczaju, członkowie rodziny wręczali mi prezenty, z czego lwią część stanowiły koperty. Uzbierała się całkiem spora kwota, i choć mam wydatki, jakoś nie jestem z niej zadowolony. Chyba nie należy mi się tak dużo.

Zacząłem się zastanawiać, czy zasługuję, nawet nie na te pieniądze, a na gest. Ktoś zrezygnował z czegoś, abym ja mógł coś mieć. Dawanie to zjawisko tak piękne, że nie sposób po prostu brać i nie myśleć o tym więcej. Otrzymywanie jakiegoś przedmiotu od kogoś, kto przekazuje Ci to z serca i z najlepszymi życzeniami, niesie ze sobą taką falę dobra, że zdolna jest ona, choćby chwilowo, zatopić zło.

Zamiast cieszyć się z prezentów, poczułem się jakoś smutno. Kolejny raz powtórzę - nie chodzi tutaj o same podarki, czy pieniądze, lecz o gest. Chyba otrzymywanie jest dla mnie kłopotliwe.

Oczywiście, nie mam zamiaru ukrywać, że to, co dostałem z pewnością się przyda i pozwoli mi zrealizować część planów. Problem w tym, iż czuję się niezręcznie, kiedy ktoś daje mi coś bezinteresownie. Zwłaszcza, gdy nie jestem pewny czy zasługuje.

Na zakończenie, chcę powiedzieć, że jestem wdzięczny za gest, nie podarki; czyli za to, co ma większą wartość. Bo wartość tego co otrzymujesz, określana jest przez serce i poświęcenie innych ludzi, nie zaś cenę i pieniądze jakie ktoś musiał wydać. Można dostać fortunę i nie otrzymać nic, a można usłyszeć jedno słowo i otrzymać wszystko.

To, co dostałem postaram się wykorzystać możliwie najlepiej. Mam nadzieję, że  sposób w jaki zainwestuje te środki, sprawi, że te pieniądze pośrednio przyczynią się kiedyś do czegoś dobrego.

Brak komentarzy

Pierwszy wpis

Z dniem drugiego stycznia weblog Luna Exoriens uznaję za otwarty. Niezmiernie cieszy mnie, że wreszcie się to stało, bowiem faza tworzenia i optymalizacji bloga była dość długa i problemowa. Równocześnie proszę Was, abyście - jeśli znajdziecie jakiś błąd, nieprzetłumaczony tekst, bądź cokolwiek, co sprawiałoby problemy - zgłaszali te przypadki przez formularz kontaktowy.

Aktualnie, cała strona funkcjonuje za pomocą WordPress 2.7 (najnowsza wersja). Skórka, została wykonana przez Arcsin, a przetłumaczona i gdzieniegdzie lekko zmodyfikowana przeze mnie. Zmieniłem także logo i dodałem favikonkę.

Wpis ten, umieściłem w każdej z kategorii i użyłem wszystkich przewidywanych tagów, aby łatwiej można było zorientować się, co czeka w przyszłości.

Zachęcam do częstego odwiedzania tego adresu, bowiem, już niebawem, pojawią się tutaj kolejne wpisy, tym razem będące o wiele ciekawsze. Warto użyć także subskrypcji RSS.

Brak komentarzy