RSS wpisów RSS komentarzy

czerwiec 2010- archiwa

Dochodowy/Odchodowy interes

Podróżowanie jest rzeczą ludzką. Dokładnie tak, jak wydalanie. Trudem podróży jest to, że nie zawsze można załatwić potrzebę o określonej porze, a jeśli już taka pora nastaje, do dyspozycji mamy zwykle jedno miejsce. W przypadku podróży autobusem jest to toaleta położona na dworcu.

Problemem jest jednak cena. Na jednym z dworców cena za wykorzystanie któregoś z pisuarów czy też muszli klozetowej wynosi dwa złote i pięćdziesiąt groszy. Załatwiając się w domu, za oszczędzoną sumę spokojnie można by było uzupełnić braki zarówno w płynach, jak i nie-płynach. Widocznie właściciele publicznych toalet wywnioskowali, że za wypróżnienie żołądka lub pęcherza moczowego należy się taka sama cena jak za ich napełnienie.

Ja rozumiem, że tych kilka litrów wody potrzebnych do umycia rąk i do spłukania kosztuje. Mydło, papier toaletowy, ręczniczki jednorazowe i sprzątanie również nie jest darmowe. Tylko zastanawiam się, czy nie można tej ceny jakoś zminimalizować albo nawet zlikwidować. Na stacjach benzynowych można zrobić i “to mniejsze” i “to większe” za absolutną darmochę.

Jak tutaj mówić o równych prawach biednych i bogatych, kiedy w dzisiejszych czasach bez pieniędzy nawet się nie wydalisz. Powiedzieć, że człowiek jest panem tego świata, jeśli musi za “to” płacić, a zwierzęta nie - nie można. Ciekawy jestem, co byłoby gdybym przeniósł się w czasie do prehistorii i powiedział takiemu neandertalczykowi, że w czasach, z których pochodzę, nie można po prostu kucnąć i załatwić sprawę. Chcesz poczuć ulgę, to dawaj no skórę z tego mamuta.

O tak, zastanawiam się czy ludzkość wyewoluowała w dobrym kierunku. Cóż, może zostawmy przeszłość i pomyślmy nad przyszłością. Otóż jestem pewien, że takie praktyki właścicieli toalet skończą się tym, iż gatunek homo sapiens na drodze ewolucji przestanie się wydalać, a wtedy nie będzie mowy o takich interesach. Lepiej więc dla was, właściciele toalet, abyście spuścili trochę cenę.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że płatne toalety to po prostu żerowanie na ludziach. Zwłaszcza na takich, którzy albo są przejazdem, i nie mają czasu szukać tańszej alternatywy, albo pierwszy raz są w danym mieście i nie wiedzą gdzie szukać. Jeśli klient jest w potrzebie, zapłaci każdą cenę, a nawet dwukrotnie wyższą.

Podsumowując, jeśli wybierasz się w podróż, drogi czytelniku, zaopatrz się w dodatkowe fundusze, bowiem nigdy nie wiadomo, ile ktoś sobie zażyczy za udzielenie Ci miejsca, w którym będziesz mógł załatwić swoją najbardziej podstawową potrzebę. Najlepiej zaś nic nie jedz przed podróżą i w jej czasie.

Brak komentarzy

Beztroskie życie na wsi

Wakacje się zaczęły, pogoda pomału się poprawia, chmurki płyną sobie spokojnie po błękitnym niebie, a wolnego czasu sporo. Trzeba się relaksować i bawić, powiecie. A figa! Tutaj, na wsi, ten wolny czas wygląda nieco inaczej.

Rolnik

Rolnik

Widzicie, tutaj zawsze jest coś do zrobienia. Jeśli zaś jakimś dziwnym trafem okaże się, że chwilowo nie ma nic do roboty, pracuje się po to, aby na przyszłość było czym się zająć. Pozwolicie, że przedstawię to na przykładzie. Powiedzmy, że pewien rolnik zasiał już całe pole ziemniakami, i zostało mu trochę wolnego czasu. Odpocznie zapewne. Potem jednak zasmuci się, bowiem nie będzie już miał co robić. Wtedy przygotuje kolejny kawałek pola i obsadzi go ziemniakami (choć wcale nie potrzebuje), zajmując sobie w ten sposób czas i, co więcej, czyniąc więcej obowiązków na wykopki. Po wszystkim pewnie będzie się cieszył, że upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: uwolnił się od nadmiaru wolnego czasu i teraz, i na jesień.

Dobra, przesadzam. Trudno jednak mieszkając na wsi i pełniąc część obowiązków związanych z rolnictwem, w niektórych momentach właśnie tak tego nie odbierać. Gospodarstwo nie jest moje, ale jako wnuk (który zresztą korzysta z owoców pracy gospodarstwa) pomagam dziadkowi. Co najdziwniejsze, starszemu pokoleniu owa praca wydaje się sprawiać przyjemność. Nie wiem, cóż może być takiego przyjemnego w machaniu motyką, kiedy słońce najwyraźniej chce cię spalić, a robactwo zeżreć na dobre.

Trudno czasami nie pozazdrościć takiemu mieszkańcowi bloku. Jedynym jego obowiązkiem jest zazwyczaj wyniesienie śmieci do kontenera stojącego na podwórku. Ci, co mają domek jednorodzinny, muszą już kosić trawę co półtorej tygodnia, znieść węgiel do piwnicy, doglądać ogrodu, nierzadko zrobić coś koło domu itp. Na wsi często dochodzą jeszcze prace rolnicze czy wiążące się z utrzymaniem sporych kawałków ziemi i inne. Nie chodzi mi tu nawet, że ja mam najgorzej, bo nie mam. Wystarczy, że przejdę kilkaset metrów a zobaczę młodszych ode mnie o kilka lat, którzy mają dużo więcej pracy. Ja tylko czasami pomagam.

Tak, tylko czasami, ale kiedy to robię, zawsze wyobrażam sobie, co robi mój znajomy mieszkający na starówce. Gdy ja, choćby zaledwie przez trzy godziny, zmuszony jestem pchać kosiarkę, nosić węgiel albo machać motyką, on ma czas wolny. Niby nic, ale wkurza. Tak się składa, że cenię sobie wolny czas, a mam go mniej. Mniej na naukę, mniej na rozwój osobowości, mniej na rozrywkę, wreszcie mniej na głupie gapienie się w sufit czy snucie niegłupich przemyśleń. Boli mnie choćby te kilkadziesiąt stron książki, które mógłbym na jego miejscu przeczytać. Powiecie: a tam, trzy godzinki. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka!

Inna sprawa, że traciłem czas także na dojazdy do szkoły (od półtorej godziny do dwóch godzin dziennie w autobusie, do tego ? oczywiście ? dojście do przystanków, a i czasami spędzanie tam kilkudziesięciu minut), ale nie o tym chciałem. Lubię mieszkać tu, gdzie mieszkam. Mieszkanie na wsi czy w małym miasteczku ma mnóstwo plusów, ale trudno uznać je za beztroskie. Bynajmniej nie jest tak, że leżymy sobie w trawie przez cały dzień, opierając głowę o pień drzewa i jedząc darmowe owoce. Mamy mniej czasu, ale nic nie zastąpi tutejszych nocy, przyrody, spokoju i ciszy. Być może dla tego wszystkiego warto czasami machnąć tą motyką kilka razy.

Brak komentarzy