RSS wpisów RSS komentarzy

absurd- archiwa tagu

Siedmiolatek

Teraz już właściwie ośmiolatek, ale ów wpis pisałem w zeszłoroczne wakacje. W tym roku sprawa wyglądała już zupełnie odmiennie. Mały krewny odwiedził mnie zaledwie kilka razy, z czego tylko jeden raz korzystał z mojego komputera i to nawet spokojnie w granicach dobrego zwyczaju. To, co jest napisane poniżej, mam nadzieję, nie oskarża nikogo ani nie ma jakiegoś negatywnego wydźwięku. Owszem, rok temu z pewnością nie byłem zadowolony z wizyt siedmiolatka, ale dzisiaj przynajmniej mam co wspominać. Przenieśmy się więc rok wstecz.

Ostatnio przyjechał do mojej miejscowości mój mały kuzyn. Co ma siedzieć na zadymionym Śląsku we wakacje? Lepiej niech oddycha sobie świeżym powietrzem i odpoczywa na łonie natury. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że codziennie przychodzi do mnie, aby zagrać sobie w jakąś grę komputerową. Czasami potrafi siedzieć cały dzień i nie przejmować się niczym, podczas gdy ja już nie wiem, co mam robić. Żeby uniknąć jego obecności czasami nawet się chowam. Raz siedziałem na zakurzonym strychu z dwadzieścia minut, czekając aż wreszcie sobie pójdzie. Oczywiście on nie widzi problemu w użytkowaniu czyjegoś laptopa, kiedy właściciel nic o tym nie wie.

Zacząłem także dłużej spać, a właściwie udawać. Czasami od razu sobie idzie, czasami kręci się gdzieś po domu, zmuszając mnie do godzinnego leżenia w bezruchu. Teraz regularnie zamykam drzwi mieszkania, choć zawsze były szeroko otwarte i pewnie nawet grasujący morderca by tego nie zmienił. Jak jakoś wymigam się od włączenia mu gry, to kuzyn domaga się oglądania Cartoon Network, a także jedzenia i picia. Kiedyś jeszcze ten malec chodził do sąsiada, który ma dziecko w podobnym wieku, ale niedawno dzieciak rzekomo (!) wyjechał do Austrii.

Tyle co ja się nakłamałem (że internet nie działa), nakręciłem (że mam wirusa), ukrywałem i udawałem przez te kilka tygodni, nie zrobiłem przez resztę roku. Ciekawe, jak jeden siedmiolatek potrafi przewrócić życie człowieka do góry nogami. On przychodził do mnie, ja wychodziłem z domu, nie bardzo wiedząc, gdzie w ogóle idę. Zastanawiające i zatrważające, że małolat może tak wpływać na życie dorosłego człowieka!

Komentarze (2)

O bezczelności ludzkiej

Skutkiem powodzi, jakie nawiedziły nasz kraj przed kilkunastoma tygodniami, na terenie mej działki, kilkadziesiąt metrów od domu, osunęła się ziemia. Co prawda zawsze był tam wąwóz, jednakże nigdy nie miało miejsca nic podobnego. Nie chcę jednak rozwodzić się nad tym, jak owe osuwisko powstało, bowiem czasu nie cofnę, a i procesu tego nie zatrzymam (urwisko stale się powiększa).

Żeby dać jednak jakiś obraz, opiszę pokrótce, jak to dziwo wygląda. Mieszkam opodal wąwozu, który był kiedyś porośnięty drzewami, a przy jego brzegach rosły maliny. Teraz jakieś dwadzieścia pięć metrów ziemi na długość zsunęło się do owego wąwozu, wyrywając po drodze wszystkie drzewa, jakie napotkało i tworząc w ten sposób wielką, gołą dziurę. Nowy brzeg jest stromy, wygląda nieco jak klif.

Teraz sedno sprawy. Od czasu, kiedy urwisko powstało, na mojej, prywatnej działce, prawie na podwórzu, było więcej niż sto ludzi. Przychodzą zobaczyć, nadziwić się, podziwiać - nie wiem, co jeszcze. Rozumiem wizyty sąsiadów, nawet znajomych, ale pielgrzymek zupełnie obcych mi ludzi z drugiej części miejscowości zaakceptować nie potrafię. Przyjeżdżają tacy samochodem, parkują przy drodze i idą sobie przez pole jak gdyby nigdy nic. Otóż nie, własność prywatna to nie park, do ciężkiej cholery! Trzeba być skończonym głupcem, żeby myśleć inaczej, totalnym chamem, zaślepionym swoimi widzimisię, aby ot tak wchodzić komuś na teren prywatny i ignorantem, by mieć w nosie fakt, że właściciel może sobie nie życzyć podobnych odwiedzin.

Inna sprawa, że owi natarczywi ludzie bez mrugnięcia okiem łamią prawo, gdyż przekraczają taśmę, za pomocą której strażacy odgrodzili teren niebezpieczny. Skoro jednak praktycznie pod samo urwisko podchodziły kilkunastoletnie dzieci, to dlaczego dorośli ludzie mieliby tego nie robić, zostawiając wózek z dzieckiem kilkadziesiąt metrów dalej, przy drodze (!). Żeby było jeszcze lepiej, starzy znajomi z gimnazjum nawet nie powitają mnie, będąc pod moim domem i kilka metrów od mojej osoby. Szczyt bezczelności!

Jestem bardzo ciekawy, jak zachowałby się każdy z tych ludzi, gdyby to pod jego dom przychodzili obcy ludzie; gdyby jego działkę traktowano jak park. Jeśliby w Polsce było prawo pozwalające używać broni na swoim terenie, pewnie wypłoszyłbym całe draństwo. Bez strzelby wolę nie ryzykować rozkazywania, dla przykładu, czterem dwudziestokilkuletnim osobnikom. Innych zaś po prostu nie wypada wyganiać.

Ciekaw jestem także tego, czy w razie potrzeby otrzymam od wszystkich turystów jakąś pomoc. Może powinienem pobierać opłaty za wstęp na działkę? Mają atrakcję, a za takowe się płaci. Jeśli zdarzy się ewentualna katastrofa i dom osunie się razem z ziemią, pewnie będzie mi smutno, ale jestem pewien, że wybuchnę ze złości, kiedy sobie pomyślę, że resztki mojego domu są tłumnie oglądane, a tłum ów ma na ustach słowa typu: “Ja cię!”, “Ale poszło!”, “Co za siła!”. Wybuchnę, cholera, wybuchnę! Już dziś powstrzymuję się od tego, by nie wybuchnąć.

Brak komentarzy

Dochodowy/Odchodowy interes

Podróżowanie jest rzeczą ludzką. Dokładnie tak, jak wydalanie. Trudem podróży jest to, że nie zawsze można załatwić potrzebę o określonej porze, a jeśli już taka pora nastaje, do dyspozycji mamy zwykle jedno miejsce. W przypadku podróży autobusem jest to toaleta położona na dworcu.

Problemem jest jednak cena. Na jednym z dworców cena za wykorzystanie któregoś z pisuarów czy też muszli klozetowej wynosi dwa złote i pięćdziesiąt groszy. Załatwiając się w domu, za oszczędzoną sumę spokojnie można by było uzupełnić braki zarówno w płynach, jak i nie-płynach. Widocznie właściciele publicznych toalet wywnioskowali, że za wypróżnienie żołądka lub pęcherza moczowego należy się taka sama cena jak za ich napełnienie.

Ja rozumiem, że tych kilka litrów wody potrzebnych do umycia rąk i do spłukania kosztuje. Mydło, papier toaletowy, ręczniczki jednorazowe i sprzątanie również nie jest darmowe. Tylko zastanawiam się, czy nie można tej ceny jakoś zminimalizować albo nawet zlikwidować. Na stacjach benzynowych można zrobić i “to mniejsze” i “to większe” za absolutną darmochę.

Jak tutaj mówić o równych prawach biednych i bogatych, kiedy w dzisiejszych czasach bez pieniędzy nawet się nie wydalisz. Powiedzieć, że człowiek jest panem tego świata, jeśli musi za “to” płacić, a zwierzęta nie - nie można. Ciekawy jestem, co byłoby gdybym przeniósł się w czasie do prehistorii i powiedział takiemu neandertalczykowi, że w czasach, z których pochodzę, nie można po prostu kucnąć i załatwić sprawę. Chcesz poczuć ulgę, to dawaj no skórę z tego mamuta.

O tak, zastanawiam się czy ludzkość wyewoluowała w dobrym kierunku. Cóż, może zostawmy przeszłość i pomyślmy nad przyszłością. Otóż jestem pewien, że takie praktyki właścicieli toalet skończą się tym, iż gatunek homo sapiens na drodze ewolucji przestanie się wydalać, a wtedy nie będzie mowy o takich interesach. Lepiej więc dla was, właściciele toalet, abyście spuścili trochę cenę.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że płatne toalety to po prostu żerowanie na ludziach. Zwłaszcza na takich, którzy albo są przejazdem, i nie mają czasu szukać tańszej alternatywy, albo pierwszy raz są w danym mieście i nie wiedzą gdzie szukać. Jeśli klient jest w potrzebie, zapłaci każdą cenę, a nawet dwukrotnie wyższą.

Podsumowując, jeśli wybierasz się w podróż, drogi czytelniku, zaopatrz się w dodatkowe fundusze, bowiem nigdy nie wiadomo, ile ktoś sobie zażyczy za udzielenie Ci miejsca, w którym będziesz mógł załatwić swoją najbardziej podstawową potrzebę. Najlepiej zaś nic nie jedz przed podróżą i w jej czasie.

Brak komentarzy